Body leasing i outsourcing IT w Polsce: od łatania dziur kadrowych do strategii biznesowej

Jeszcze dekadę temu rozmowa o body leasingu w większości polskich firm sprowadzała się do jednego zdania: brakuje nam programisty na trzy miesiące, więc bierzemy kogoś z zewnątrz. Model reaktywny, doraźny, traktowany jako łatka, a nie element strategii technologicznej.

Po kilkunastu latach po drugiej stronie takich rozmów widzę, że ten obraz się zmienia. I nie jest to zmiana kosmetyczna.

Coraz częściej problemem klientów nie jest brak ludzi w ogóle. Problemem jest brak konkretnej kompetencji dokładnie wtedy, kiedy jest potrzebna. To niby drobna różnica, ale w praktyce zmienia całe podejście do outsourcingu IT.

Rynek, który nie zawsze nadąża

Polska jest jednym z ważniejszych rynków usług IT w regionie, ale w niektórych specjalizacjach – Kubernetes i Cloud Native, Data Engineering, cyberbezpieczeństwo, AI/ML – znalezienie naprawdę dobrego specjalisty potrafi trwać miesiącami. Sam widziałem projekty, w których rekrutacja jednego architekta ciągnęła się pół roku, a wtedy okazywało się, że firma nie tyle szuka pracownika, ile próbuje dogonić harmonogram, który już dawno uciekł.

Wynagrodzenie specjalisty łatwo policzyć. Znacznie trudniej policzyć koszt sześciu miesięcy opóźnienia – późniejszego wejścia na rynek, niewdrożonej automatyzacji, zespołu, który przez pół roku pracował na przeciążeniu. Ten koszt rzadko trafia do arkusza kalkulacyjnego, a bywa wyższy niż stawka najlepszego freelancera na rynku.

Dlaczego body leasing przestał być wstydliwym słowem

Przez lata pokutowało przekonanie, że korzystanie z zewnętrznych specjalistów świadczy o słabości własnego działu IT. Coraz mniej firm w to wierzy.

Dojrzałość organizacji nie polega na tym, żeby każdą możliwą kompetencję trzymać na etacie. Polega na tym, żeby wiedzieć, które kompetencje muszą zostać w firmie na stałe, a do których wystarczy mieć szybki dostęp wtedy, gdy są potrzebne. To już nie jest pytanie kadrowe – to pytanie biznesowe.

Zmienia się też to, kogo firmy szukają w tym modelu. Coraz rzadziej chodzi o kolejnego programistę uzupełniającego zespół, a coraz częściej o wąskie, kosztowne w utrzymaniu kompetencje: architektów Kubernetes, inżynierów danych, specjalistów DevOps, ekspertów cyberbezpieczeństwa. Takiego człowieka firma potrzebuje intensywnie przez pół roku – niekoniecznie przez kolejne pięć lat.

Body leasing i outsourcing to nie to samo

Te dwa pojęcia wciąż bywają mylone, choć odpowiadają na różne potrzeby.

Body leasing pozwala czasowo rozszerzyć zespół o konkretną kompetencję. Outsourcing projektowy – w modelach Fixed Price czy Time & Material – idzie dalej: klient przekazuje partnerowi odpowiedzialność za realizację całego zakresu prac.

Pytanie, które warto sobie zadać, brzmi więc nie „który model wybrać", tylko: czy potrzebujemy dodatkowej kompetencji wewnątrz naszego zespołu, czy partnera, który weźmie odpowiedzialność za dowiezienie efektu.

W pracy z klientami z sektora finansowego, ubezpieczeniowego, energetycznego czy przemysłowego ten wzorzec powtarza się regularnie: firmy nie potrzebują „więcej ludzi" w ogólnym sensie. Potrzebują dostępu do sprawdzonych kompetencji dokładnie w momencie, gdy są krytyczne dla projektu – nie kilka miesięcy później, gdy rekrutacja wreszcie się zamknie.

Ryzyko, o którym trzeba mówić wprost

Ani body leasing, ani outsourcing nie są lekiem na wszystko, i uczciwie trzeba przyznać, że ten rynek widział sporo źle poprowadzonych projektów.

Najczęstszy błąd to obietnica specjalistów „od ręki", mimo że dostawca nie ma na to realnego pokrycia. Krótkoterminowo pomaga to domknąć sprzedaż, długoterminowo niszczy zaufanie i naraża klienta na kolejne opóźnienie.

Drugi problem to traktowanie specjalisty jak anonimowego zasobu z listy CV. Można dostarczyć profil idealnie dopasowany technicznie i mimo to ponieść porażkę, bo człowiek nie rozumie kontekstu projektu ani celu, któremu ma służyć technologia.

Dlatego dobry partner powinien oferować więcej niż bazę kandydatów – transparentność co do realnej dostępności ludzi, jasne zasady rozliczeń i współpracy oraz dojrzałe procesy jakości i bezpieczeństwa. W sektorach regulowanych to już nie jest atut, tylko warunek wejścia do rozmowy.

Stawka godzinowa to za mało, żeby ocenić wartość

Przez lata body leasing porównywano głównie po cenie za godzinę. Tyle że najtańsza godzina nie zawsze daje najtańszy projekt. Jeśli specjalista pojawia się dwa miesiące później, potrzebuje długiego wdrożenia albo kompetencyjnie nie pasuje do zespołu, różnica kilkudziesięciu złotych na stawce błyskawicznie traci znaczenie wobec kosztu opóźnienia.

Dlatego rynek – moim zdaniem – będzie się coraz mocniej przesuwał od sprzedaży roboczogodzin w stronę odpowiedzialności za dostęp do kompetencji i realny rezultat, jaki dzięki nim klient osiąga.

Gdzie to zmierza

Coraz częściej rozmowa z klientem nie zaczyna się od pytania „ile kosztuje senior developer", tylko od „jakiej kompetencji nam brakuje, żeby ten projekt dowieźć". To lepsze pytanie – bo przesuwa punkt ciężkości z ceny na to, czy organizacja wie, gdzie chce budować własne know-how, a gdzie potrzebuje szybkiego dostępu do eksperckiej wiedzy z zewnątrz.

W Sorigo łączymy body leasing i Talent Sharing z realizacją projektów w obszarach Data Engineering, Kubernetes i Cloud Native, DevOps, cyberbezpieczeństwa oraz AI/ML. Ale to, co obserwuję jako najciekawszą zmianę na rynku, dzieje się jeszcze przed podpisaniem jakiejkolwiek umowy – w momencie, gdy klient przestaje pytać o cenę za godzinę, a zaczyna pytać o to, co konkretnie jest mu potrzebne, żeby dowieźć projekt.

Mniej sprzedaży CV. Więcej odpowiedzialności za to, co dzięki tym kompetencjom klient jest w stanie osiągnąć.

Zachariasz Brusiło

Zachariasz Brusiło

Director of Sales and Business Development

+48 663 913 277

zachariasz.brusilo@sorigo.pl

@zachariaszbrusilo